W korabiewickim schronisku dla zwierząt mieszka… wilczyca

W Kirgizji, suczki owczarków w rui zawozi się na pustynię i przywiązuje do wkopanego w ziemię słupa. W nocy do słupa pochodzą wilki. Jeżeli zwierzęta są najedzone, pokrywają suczki. Jeżeli są głodne – zjadają je.

Szimi

Szimi w Schronisku w Korabiewicach (fot. Viva! Akcja dla zwierząt)

Kirgi stała się znana, gdy w 1998 roku o zwierzęciu napisała lokalna prasa. Gazeta opisała historię mieszkanki jednej z podwarszawskich wsi, która dokarmiała podchodzącą codziennie pod jej dom wilczycę, podczas gdy pozostali mieszkańcy miejscowości bali się zwierzęcia. Jedyne, co wilk miał charakterystycznego, to czerwoną obrożę na szyi. Mogło to sugerować, że wilczyca nie jest całkowicie dzika i już wcześniej miała kontakt z ludźmi.

Po publikacji w prasie, po wilka zgłosili się przedstawiciele Ogrodu Zoologicznego w Warszawie. Przyjechali do wsi, żeby schwytać zwierzę. Ale artykuł w gazecie przeczytał również dawny opiekun Kirgi, który skontaktował się z warszawskim zoo.

Jak się okazało, wilczyca uciekła z jednego z zakładów przetwórczych dwa miesiące wcześniej. Na terenie swojej firmy, zwierzę umieścił właściciel zakładu, do którego wilczyca należała. Mężczyzna przywiózł zwierzę z Kirgazji, po której podróżował tego samego roku. Zwierzę zostało mu podarowane przez miejscowego kacyka, który utrzymywał się z hodowli hybryd: pół wilków, pół owczarków.

Jak się dowiedzieli pracownicy warszawskiego ogrodu, w Kirgizji, suczki owczarków w rui zawozi się na pustynię i przywiązuje do wkopanego w ziemię słupa. W nocy do słupa pochodzą wilki. Jeżeli zwierzęta są najedzone, pokrywają suczki. Jeżeli są głodne – zjadają je.

Matka Kirgi miała szczęście, przeżyła. Kilka miesięcy później oszczeniła się, a szczeniaki stały się prezentem dla zamożnych turystów odwiedzających Kirgizję. Właściciel Kirgii był jednym z takich turystów.

Szimi

Szimi w Schronisku w Korabiewicach (fot. Viva! Akcja dla zwierząt)

Po przylocie do Polski, próbował oswoić zwierzę, ale Kirgii, jak wszystkie mieszańce psów z wilkami, była wyjątkowo niechętna współpracy. Dominował w niej wilk. Zestresowana, przestraszona i agresywna, unikała kontaktu z ludźmi. Za wszelką cenę wzbraniała się przed udomowieniem. W końcu właściciel wilczycy się poddał. Postanowił umieścić Kirgii na terenie swojej firmy. Wcześniej założył jej na szyję czerwoną obrożę.

Kirgii uciekła z terenu firmy w czasie mycia swojej klatki. Ugryzła jej opiekuna, który nieumiejętnie chwycił ją za szyję, a później znikła. Znalazła się dopiero po publikacji tekstu w gazecie.

Niestety, właściciel nie chciał wziąć za nią odpowiedzialności. Obiecał zgłosić się po wilczycę po badaniach, które zrobiono zwierzęciu w zoo, ale już się nie odezwał. Wilczyca nie mogła również przebywać na terenie warszawskiego ogrodu. Była mieszańcem, a ogrody zoologiczne nie zajmują się opieką nad hybrydami. Dyrekcja ogrodu podjęła decyzję o uśpieniu zwierzęcia. I Kirgii pewnie by zginęła, gdyby nie Ryszard Karczewski, weterynarz pracujący dla warszawskiego zoo. Ten sam, który w 2000 roku został śmiertelnie postrzelony w czasie obławy na tygrysa po tym, jak zwierzę uciekło z cyrku Korona na warszawskim Tarchominie.

Dzięki Karczewskiemu, Kirgii trafiła do schroniska dla zwierząt w Korabiewicach, niedaleko Skierniewic, w Puszczy Mariańskiej. Dostała nowe imię, Szimi. Trafiła na największy wybieg w schronisku. Na wybiegu była sama, aż do 2003 roku, kiedy to do schroniska trafiło tyle zwierząt, że pracownicy placówki musieli zacząć umieszczać po dwa zwierzęta w boksie. Szimli trafił się pies, Czarny. Szybko się okazało, że nikt inny nie poradziłby sobie z zawadiackim charakterem wilczycy. Czarny był oazą spokoju. Mimo że Szimi zaczepiała go i próbowała zdenerwować, nie udało się jej. Od tamtej pory, czyli przez ostatnie 11 lat, Szimi i Czarny są nierozłączni.

Problem w tym, że Szimli nie jest już młoda. Ma problemy ze zdrowiem, z chodzeniem i chorą wątrobę. Potrzebuje dobrej jakościowo karmy. Można jej pomóc, wchodząc na stronę Schroniska dla Zwierząt w Korabiewicach, znajdującego się pod opieką Fundacji „Viva! Akcja dla zwierząt”.

(pns)